Uwaga grzyby!

Nigdy nie myślałam, że na Węgrzech można zbierać grzyby. Mieszkałam na nizinie w południowej części kraju, gdzie krajobraz stanowiły ciągnące się na przemian barwną wstęgą pola kukurydzy i słoneczników, gdzieniegdzie przedzielone pasmem drzew, czasem laskiem akacjowym. Można tam było czasem znaleźć pieczarkę łąkową lub purchawki, ale one… jakoś nie przyśpieszyły bicia mojego serca. Ciągnące się po horyzont morze kwitnących słoneczników to wspaniały widok, ale w głębi duszy miałam nostalgię za prawdziwymi lasami i emocjami prawdziwego grzybobrania.

Od kilku lat żyję-pracuję nad Balatonem. Tu już się czasem spotkałam na targu z leśnymi grzybami, ale nie przypuszczałam, że są gdzieś w pobliżu i sama mogę je zbierać.

 

W międzyczasie inny grzybek wkradł się w moje życie: ganoderma, inaczej reishi, a po polsku lakownica lśniąca, cudowny grzyb leczniczy, który wprowadził mnie w tajniki medycyny dalekiego  wschodu i zapoznał z grupę wspaniałych ludzi. Tak mnie to
wszystko oczarowało, że na jakiś czas zapomniałam o dawnej tęsknocie…

 

 

Ale teraz, gdy przyszła jesień stało się! Na stałe osiedliłam się w nadbalatońskiej wiosce w pobliżu lasu. I tu oniemiałam z wrażenia! Las jest pełen grzybów!

Są czerwone, żółte, białe – nawet ładne, ale to jeszcze nie to.

I naraz znalazłam te prawdziwe! Jeden, dziesięć, bez liku!

Z szaloną radością codziennie pędziłam do lasu, żeby choć kilka znaleźć. Tutejsi ludzie zapoznali mnie z pysznym twardzioszkiem, którego wcześniej nie znałam, znalazłam najróżniejsze rodzaje koźlaków, maślaki, kanie… Nawet w końcu ogrodu znalazłam tajemnicze, ale bardzo smaczne grzybki o polskiej nazwie kępkowiec jasno brązowy inaczej podblaszek gromadny – nazwy jak z bajki :).

Dopóki nie nadejdzie zima, niemal codziennie królują na moim stole.

Czuję, że wreszcie jestem w domu.