Droga na szczyt

BadacsonyW sobotę rano obudził nas deszcz. No tak – pomyślałam – nic nie będzie z naszej wyprawy. Ale deszcz przestał padać, a członkowie grupy nawet nie pomyśleli, że mogliby zrezygnować z tajnej wędrówki zaplanowanej przez sponsora. Iść, nie iść – zastanawiałyśmy się. Znam okolice, wiem, że wokół jest wiele wzniesień, wulkaniczne góry – nie zapowiada się łatwo, zwłaszcza po deszczu. A my (oprócz dreptania i biegania po schodach w pensjonacie) niewiele
11226946_1480219915637508_630223980122004032_oostatnio chodziłyśmy. Zwyciężyła ciekawość i duch zespołu.

Poszłyśmy. Wkrótce okazało się, że zadaniem jest wspięcie się na najwyższą górę-świadka – Badacsony. Niemały kąsek.

Kiedy na jeszcze dość łagodnie wznoszącym się odcinku sapiąc wiązaliśmy w 11999787_1480224568970376_7213624553341840135_opasie zdjęte swetry i kurtki, zdałam sobie sprawę, że jest to najlepszy czas na wędrówkę – powietrze jest świeże, słońce nie pali. Wszystko będzie
dobrze.

A potem doszliśmy do schodów, słynnych Schodów Wygnańców. 464 bazaltowych, nierównych, śliskich stopni. Chwilami brakło 11934960_1480227212303445_5822279536399417032_ntchu, miękły kolana, drżały nogi. Ale las i skały były piękne, chwilami przebłyskiwał Balaton. Ucichły rozmowy, wszyscy
skoncentrowali się na drodze. Żeby się nie poślizgnąć, żeby nie zostać w tyle. Silniejsi podawali ręce słabszym. Wreszcie weszliśmy. To samo w sobie było oszałamiające, ale po kilku Fentkrokach zobaczyliśmy rozciągający się w dole Balaton! Niezapomniany widok! Nawet nie próbuję opisać, zdjęcie też tego nie odda. Tam trzeba być. Trzeba się wspiąć na szczyt, aby to przeżyć!

leDrogę w dół pokonałyśmy z pełną satysfakcji ulgą, choć też nie była łatwa. Ale to było zupełnie inne uczucie. Bardzo przyjemne uczucie. I widziałem, że wszyscy to czuliśmy – zrobiliśmy to!

W późniejszych rozmowach zabrzmiało pytanie: kto wszedłby jeszcze raz, ale sam?

Myślę, że sama bym nie poszła, ale jeśli ktoś poprosił by mnie, abym pokazała mu drogę … to zrobiłabym to!